wszyscymogatojatez blog

Twój nowy blog

Kochani.


Zdano sobie ostatnio sprawę z faktu zmiany funkcji tego oto bloga. W zamierzchłych czasach było to miejsce pełne dowcipu, humoru i krzywych jazd autorki. Jednakże, stan ducha tej niewiasty sprawił, iż posty zaczęły przybierać coraz jaskrawsze barwy, np. czarny (heh!), stały się zbyt osobiste, pełne chorego emocjonalizmu i ociekające frustracją. Tego zła należy oszczędzić Drogim Czytelnikom, zważając na wszechobecną neurozę. Z tego powodu blog ten zostanie skasowany za 3 dni (tyle czasu musi upłynąć, zanim ustawa wejdzie w życie).  Poczytajcie notki, skopiujcie, jeśli uważacie to za słuszne, nie róbice nic – do Was należy decyzja.

Całym sercem dziękuję za te cybernetyczne spotkania i do stóp się kłaniam.

Pojechałam wczoraj fest…

Z tego oto powodu byłam zmuszona usunąć wczorajszego posta. Z tego co wiem, to nikt tego nie przeczytał i niech będzie chwała za to.

Rude wstązki, kuźwa…

Gdyby nie ludzie koło mnie, już dawno straciłabym zmysły… Górnolotnie poleciałam, ale to prawda… Mysz, Aga, Emi, Asia, Teśka, Sylviana, Sandik, Olek, Kasia i Ateista to osoby, którym naprawdę wiele zawdzięczam. Osób, które może w mniejszym stopniu, ale jakoś mnie wspierają, jest więcej, ale tu nie Licheń, żeby wymieniać wszystkich darczyńców i tabliczki z ich imionami wmurowywać pomiędzy monitorowe piksele… Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli, czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy…


Heh, teraz mam wrażenie, że to list samobójczyni… Bez obawy, życie jest piękne, choć aktualnie nie dla mnie (ahh, ten słodki egocentryzm!) Tak, walnęło się wszystko. Czasem nie mogę na Was patrzeć… A czasem czuję, że bez Was bym zniknęła…

No nic, jak to się mówi, trzeba żyć dalej. Próbuję być działająca, naprawdę próbuję, ale to jak pływać w rwącej rzece w pełnym rynsztunku… Nie myślę, nie czuję, chodzę, jem i czasem śpię, wykonuję jedynie egzystencjalne minimum… Ambicja skręca się z bólu, bo priorytety się rozbiegły po świecie i nie wróciły…

Ooo tak, ewidentnie jestem towarem uszkodzonym.

Taaa… Obawiam się, że to pękła taka mięsista kulka po lewej stronie klatki piersiowej…

Święta, nie?


To będą najchujowsze święta w historii życia mego. I trochę źle się czuję w roli osoby, która pieprzy święta wszystkim dookoła, ale cóż… Niech i tak będzie. Tyle dylematów naraz oznacza niezły rozpierdol w głowie, duszy i sercu, mogę się teraz bez wyrzutów sumienia litować nad sobą i opłakiwać moje nędzne życie!

Czasem myślę, że dobrze mi tak. Kara za wszystkie występki i zbrodnie popełnione… Dobrze mi tak. 

Rozmowy z ateistami nawet trochę pomagają, pozwalają zając czymś umysł, ba! Nawet poszerzają pole widzenia horyzontalnie i frontalnie i w każdy inny sposób. Tylko czemu ja tak bronię Jego istnienia, skoro on sobie o mnie zapomniał i od dwóch lat nie może przypomieć…? Alzheimer Go dopadł.

Nic sensowengo nie umiem dziś stworzyć. Nigdy nie umiałam, ale dziś to już wyjątkowo. Trzeba zebrać siły na… Na.

Jak czują się tygodniowe zwłoki, trącące już nutką padliny z domieszką psich odchodów? 


Jest źle… Heh, czas odpowiedni – Wielki Post, gorzkie żale przybyły końskim galopem i zaraz Was stratują na ciepło. Depresję mam. Przesilenie wiosenne czy coś. Wczoraj miał być dobry dzień, wreszcie zrobiłam COŚ, o czym myślałam już od dawna, z dumą wypisaną na twarzy i rosnącą misją zbawienia świata w sercu, wracałam w podskokach. Ale dzień skończył się marnie. Wolę sobie nie imaginować, jak skończy się ten dzień…

Gdyby nie ludzie koło mnie, chyba bym się rozpadła jak w wielkim zderzaczu atomów, rozpuściła w powietrzu. Takich ludzi dawno nie było… Heh, z tych ludzi tylko kilka osób wie o blogu:) Od września powiedziałam tylko Olkowi, patrzcie, jakam tajemnicza persona! Nieważne, nie muszą wiedzieć, jak bardzo są ważni:) Dzięki nim odrywam się od złego, wychodzę z mroku do świata żywych i nawet się śmieję i głupawki dostaję:) Tylko czasem, tak jak teraz, twarz piecze od za ciasnej maski… I płonę, a nie spalam się! A ja nie jestem cudownym krzakiem na pustyni, który mrugał do Mojżesza i kiedyś zostanie ze mnie mało praktyczna kupka popiołu…

Farfoclu, kiedyś Ci zazdrościłam, że tak intensywnie odczuwasz. Oj głupia ja, głupia ja…

No i nic. W tym całym moim dusznym smęcie podreptałam do Empika, żeby zobaczyć, jakie to Wizje Dźwięków ma Roguc. Słucham, piszę, piję herbatę i jakoś pocieszenia nie znajduję. Może zbyt powierzchownie szukam. Ba, mało mi było Wizji, (nienasycona ja!) więc stwierdziłam, że Coś Więcej Niż Muzyka się przyda i sięgnęłam po płytę Grubsona. Sama siebie nie poznaję… Co się ze mną wyrabia? Ja i hip-hop, dobre sobie… 

Marazm, stagnacja (więcej mądrych słów nie pamiętam i proszę o zbawienną pokutę i rozgrzeszenie), brak wizji, pożądania, skłonności…

Z tego wszystkiego zafarbowałam włosy na kruczoczarno, zarzuciłam grzywę na przekrwione oko, zapaliłam czarne świece i postanowiłam zostać Em(o/a)rtitą.

Żeby mi tak żyłka pękła…


List do B.

1 komentarz

Ogień trzymam w nerwach, ale serce na uwięzi.

 
Za co ten bezmiar głupoty i niezgody na rzeczywistość? Zaiste, szkoda, Żeś mi poskąpił darów mądrości, wytrwałości i innych pierdół. Zrobiłeś, co chciałeś, to teraz pod Twoją obronę poszusuję, żeby czasem nie stwierdzić, że robię błąd, bo jak coś nie wyjdzie, to znów powiem „Pan tak chciał” i znów pokornie schylę łeb i przyjmę wszystko, co mi się na niego właduje. A więc postawa bądź-twoja-wola-jako-w-niebie-tak-i-na-ziemi, zwłaszcza na ziemi, bo jakoś absurdalnie właśnie to mnie dziwnie intensywnie absorbuje. Tylko czy podejście jest moje czy społeczeństwa, to już kwestia sporna, ale kij z tym i tamtym jednocześnie.

I odpuść mi moje winy, moje bardzo wielkie winy, bom ja nie błogosławiona między niewiastami przecie! Strzeż duszy i ciała mego! A przede wszystkim, to zbaw mnie ode złego, bo więcej nie zniesę, hej!
 
Bo serce mam ze szkła i w każdej z chwil może zmienić się w pył… Tra-la-la…

P.S. Erwin opuścił ziemski padół łez i nieszczęść; prezentem na pocieszenie stał się Czomik o imieniu Edek vel. Dyzio. On też jest kul.

Dzień dobry, nazywam się Erwin i chcę Wam opowiedzieć o sobie.
Jestem już w nowym domu ponad 2 tygodnie. Piszę dopiero teraz, bo moja Pańcia nie miała wcześniej dostepu do laptopa, a teraz ma aż za dużo tego dostepu. Mniejsza z tym, poszła właśnie do łazienki, to teraz ja mogę pobuszować po sieci, bo buszowanie w klatce po sianie już mi się znudziło.
Łooo, jak tu przyszedłem pierwszy raz, to – nie powiem – gdybym miał gacie, to bym w nie narobił. W sumie dobrze, że mnie znalazła, bo centra handlowe to nie jest naturalne środowisko myszy polnych. Jednak nie wykazała się zbytnią inteligencją uznając, że mieszkanie w plastikowym pudełku jest szczytem moich marzeń – ja mam większe ambicje! Cóż, nie miałem możliwości, aby tą małą dygresją zmienić jej zamierzenia, więc zacisnąłem pośladki i poszedłem z nią. Na poczatku czułem się bardzo skrępowany obecnością tych niebieskich klonów, obok których mnie umieściła, ale szybko okazało się, że Bolo to spoko kolo, choć trochę zdziczały, a Leon, mimo pozornego dystasu i zadzierania dzioba do góry, to swój ziom. A jak już się rozgada, to masakra. Zaprzyjażniłem się już z nimi. Kto by pomyślał? Mysz i papugi. Tak serio, to na początku myślałem, że to są geje, bo jakoś tak metroseksualnie ubrani w niebieskie odzienie i w ogóle się tak obleśnie smyrali dziobami po głowach… Chciałem już popełnić samobója, bo ja jestem zdeklarowanym i świadomym heteroseksualistą. Ale to są bracia, po prostu oni tak wylewnie okazują sobie uczucie. Co jednak jest trochę pedalskie i niemęskie w moim mniemaniu.
Pańcia mówi do mnie Erwin. Erwin to brzmi dumnie, podoba mi się. Zresztą klony, Leon i Bolesław, również mają dumnie brzmiące imiona. Mówili ona ma takie jazdy, że różnym rzeczom nadaje imiona, a potem ich nie pamięta, więc wymyśla nowe. Pojechana jest, krejzolka jedna. Ma jednak coś w sobie, lubię ją. Czasem mnie wkurza, bo mówi, że robię za dużo kup. Rany, jakby sama nie robiła, nie? Lalka Barbie. Klonom też mówi, że za dużo robią, ale tylko mnie się czepia, że kupy śmierdzą. Pachnieć przecież nie będą! Cóż… Kobiety.
Ogólnie to teraz jest kul, bo mam już ustabilizowaną pozycję. Pańcia przyniosła mi dziś wypasioną chatę, z restauracją w środku i siłownią – z chęcią opuściłem barak, który do tej pory bardzo eufeminstycznie nazywałem domem. To chyba znaczy, że jednak u niej zostanę. I dobrze, nawet lubię, jak mnie bierze na rękę i gładzi, to jest trochę podniecające, przyznam się. Tylko nie wiem czemu czasem spryskuje mnie słoną wodą, ale jakoś to przecierpię. Czego się w końcu nie robi dla miłości. Kiedyś to nawet w więzeniu (za kradzież sera) korki toczyłem, żeby było wesoło. Oj, miałem tych przygód trochę w tym więzieniu, ale o tym opowiadałem Sefanowi Kingowi, to jego zapytajcie, bo mi się już nie chce tego ponownie opisywać.
Pozdro 600!
Erwin Dzwoniec vel. Pan Dzwoneczek. 

Ogarnąć to wszystko trzeba! Ogarnąć! Tylko jak?!

Natłok myśli, jedna wpada na drugą z piskiem; tratują się, zasłaniają, chowają, potem nagle znów wychodzą na światło elektryczne moich zmęczonych neuronów i skaczą po tych resztkach szarych komórek: siup! siup!, a te padają na kolana i mimo stękania nie mogą powstać.
Spróbujemy się do wszytkiego zabrać metodycznie i systematycznie – najpierw to, co już nam nawet nie depcze pięt, ale na nich siedzi, potem w miarę sprzątania i rozciągania czasu ogarnie się te inne, dalsze sprawy, choć nie mniej ważne. 
Oto mój plan na najbliższe miesiące:D

Urlop w domu dobiegł końca. Czas, jak zwykle, gdy jestem w domu, wrzucił piąty bieg. Znajomi, rodzina, książki i przedszkole – wszystko działo się w prędkości światła.

Powoli zaczynam wracać do siebie:moje kubki smakowe wyczuwają nadchodzą moc i radość, oczy wiosennieją, włosy rozkwitają… Mam świadomość, że dopiero luty i zima wciąż trwa, jednak całą sobą czuję wiosnę:) Przez to słońce, słońce, słońce! Słońce, które dzielnie walczyło z chmurami, które zaczęło odkurzać świat! Zapach wiosny, który próbuje wwiercać się w nosy… Wiosny mi było trzeba:)
Podczas tego krótkiego czasu sprawy do poukładania zostały niepoukładane, ale to nieistotne. Wspomnienia zostały odkurzone dzięki Asi i jej pomarańczowej kawie oraz dzięki Twonce, z którą jedzenie knyszy po 22:00 to już tradycja:) Znów poczułam powołanie, prowadząc charytatywnie zajęcia w przedszkolu i tego energetycznego kopa na pośladku, którego dostarczyły mi dzieciaki:
Kamilek: A wies co…?
Martita: Kamilku, do pani nie mówi się „wiesz co”, tylko „proszę pani”
Kamilek: Prosę pani, a wies co…?
I wtedy sobie przypomniałam, po co mi studia! I jeszcze wtedy, gdy budowaliśmy rakietę, zdawaliśmy test na kosmonautę, a potem lecieliśmy w kosmos, oglądaliśmy deszcz meteorów, spadające gwiazdy. I wtedy, gdy bawiliśmy się kamieniami księżycowymi („Proszę pani, one przypominają zgniecioną folię”, „no coś ty, mój tato dzisiaj rano był na Księżycu i mi je przyniósł” – „ale ma pani fajnego tatę” – pani się bardziej wkręciła niż dzieci:D).

Jedyny zawód, ale niestety bardzo bolesny, który mnie spotkał, był czynem pana Glukhovsky’ego, który napisał Metro 2034 bez większego zastanowienia i innwencji. Przykro mi bardzo, bo Metro 2033 było świetne,choć niektóre momenty dziwnie zajeżdżały olejem i flakami, to zaskakujące zakończenie wynagrodziło mi chwilowe znudzenie. Natomiast druga część nie była w stanie zadowolić mojego, miernego przecież, gustu czytelniczego. Jednak czytałam, myślałam, że może jednak zakończenie zmieni moje nastawienie, ale nie! Nie dało się niczego uratować.

Dziś wracam do jednego ze stu tysięcy jednakowych miast, ale w nocy wyruszam dalej do stolicy polskich gór, nadal poszukując odpowiedzi na wszelkie zapytania, dystansu i innych takich bajerów.


  • RSS