wszyscymogatojatez blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2009

Na początku strzelę wyświechtanym tekstem, ale nic oryginalnego nie mogę wymyślić, więc: święta, święta i po świętach. Albo wymyśliłam: jak to szybko, kurwa, minęło.
Fajnie było. Nawet choinkę sama ubrałam. Ja to chyba pomimo podeszłego wieku nadal jestem dzieckiem. Bo uważam, że moja choinka jest najładniejsza ze wszystkich choinek na świecie, Wasze też na pewno są ładne, ale moja jest naładniejsza i to tyle w tym temacie. Dlatego nadałam jej imię Penelopa, żeby jeszcze bardziej wyróżniała się w choinkowym społeczeństwie.
Święta spędzone w gronie rodzinnym dobrze mi zrobiły. Widziałam się ze wszystkimi dawno-nie-widzianymi. Brakowało mi tego. A już wody ognistej, którą poił mnie dziadek i anielskich pieni wujko-witkowych najbardziej. Aaaaaniołowieeee, przyyyybyyywaaaajcieeeee, heh, pięknie było. A woda ognista pochodzi z magicznego źródełka, znajdującego swój początek w piwnicy, składniki są takie, jakie nawiną się na drodze powstawania trunku, a o procenty lepiej nie pytać.
Widziałam się też z dawno-nie-widzianymi wsiórami, moimi kochanymi śmierdzielkami: panem G., Gutosławem, Asią moją najcudniejszą z cudnych i jedyną miłością, Avonką, Kulczykiem. Szkoda, że tak mało czasu…Tęskni mi się też za innymi starymi znajomymi, którzy przemknęli mi przed oczami, ale miałam możliwości z nimi porozmawiać… Jak sobie przypomnę stare czasy, to aż łezka kręci się w oku… Ech, sentymentalna się robię na starość…
I teraz właśnie mnie natchnęło! Czuję wenę każdym zmysłem! Pierwsza część notki prezentuje brak polotu spowodowany świątecznym przeciążeniem żołądka, ale teraz to poczujecie powiew świeżości, nowe tchnienie twórczości i w ogóle floł na maksa. Otóż, spiszę swoje wspomnienia i jak będę miała Alzhaimera, to sobie poczytam (jeśli będę pamiętać, jak się czyta), ijeee! Część już mam, bo za młodych czasów to ja pisałam prawdziwe epopeje narodowe i listy do Marysieńki. Ale złożę to w całość i potem będę czytać w domu7 spokojnej starości, jakie to piękne miałam życie.
Ale teraz to myślę też o czymś innym. Chciałabym, aby coś po mnie zostało. Coś dla potomnych. I nie chcę, żeby to była tylko kupa. Muszę stworzyć dzieło. W sensie literackie, bo moja praca magisterska dziełem nie będzie, jeśli w ogóle będzie dane jej powstać. Już widzę te nakłady, tłumy w księgarniach i bibliotekach… Ech, cóż, kiedy nie ma czasu na tworzenie dzieła. … Niech tylko napiszę ten cholerny pierwszy rozdział cholernej magisterki, to dupcze resztę, zasiadam i tworzę. Na moim nieszczęśliwie stopionym laptopie albo innym cudzie techniki. Żeby stopić obudowę laptopa, ech… To tylko ja potrafię.  Żadna rzecz nie przetrwa mojej niszczycielkiej natury. Gdyby był jeszcze mój, to bym miała z czego rechotać, heh:) Gorzej, że nie jest… No, nieważne, jak przeżyję wyznanie win, to napiszę to dzieło. A potem stanę na rynku i powiem: Wybudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu, strzelający nad ogrom królewskich piramid, nie naruszą go deszcze gryzące, nie zbuszy oszalały Akwilon itd. To będzie namiastka mojej nieśmiertelności, buahahaha! (śmiech szaleńca). Chciałabym być nieśmiertelna. Chciałabym panować nad Ziemią. Ba, nad całym kosmosem.
No. To koniec tego niekontrolowanego strumienia świadomości i emocjonalno-sentymentalnych wypocin.  Dziękuję za uwagę i pozdrawiam wszystkich Polaków.

Naród jest zdenerwowany. Naród jest poirytowany. Żeby nie powiedzieć wkurwiony. Tak właśnie wygląda przedświąteczne szaleństwo zakupów i magia świąt. Wszyscy się wydzierają, patrzą na siebie ze złością, sapią,  a jak ktoś nie wytrzymuje stresu, to taranuje innych wózkami. Wiem, co piszę, bo byłam dziś cały dzień w pracy i obserwowałam polskie społeczeństwo przygotowujące się do świąt. Wzrastająca frustracja rodziła agresję. Nienawiścią ziali wszyscy: od przemęczonych kasjerek, poprzez zgarbionych ochroniarzy i zmaltretowane sprzątaczki (choć ci przynajmniej mieli powód) na szanownych klientach kończąc. Ci ostatni jakby mogli, to by taczkami wynosili jedzenie, ba! Całymi sznurami taczek. W końcu przez dwa dni sklepy będą zamknięte, cóż to za klęska, głód nam będzie towarzyszył i rozdęte brzuchy też, trzeba żałobę narodową ogłosić. Fuj. Istny konsumpcjonizm. Zapomnieli się w tym wszystkim, otoczeni schabami, tonami mandarynek, papierem do pakowania prezentów i rodzynkami. Zapomnieli o Bożym Narodzeniu i zorganizowali sobie Święto Żarła i Koryta.

Pesymizmem zawiało. Nie patrzę pesymistycznie na to wszystko, raczej obiektywnie. I tylko się dziwię.

Może to wszystko przez te debilne piosenki świąteczne, które tam puszczają w każdym centrum handlowym? Jak tylko tam wchodzę, dostaję nerwicy. Chociaż klienci tylko wpadną i wypadną, to nie zwracają na to uwagi, a ja tam już prawie mieszkam. Tylko kuchenki mi brakuje. I jak słyszę setny raz tę samą piosenkę, która jest zrobiona w dziesięciu wersjach (od bardzo wolnej, średnio wolnej, średniej, średnio szybkiej, szybkiej i bardzo szybkiej), to rzuca mnie na podłogę, mam drgawki i toczę pianę z pyska.
„Ol aj łon for christmas is ju…”, „And wery mery christmas and hapi niu jeeer”, do tego elficka „Cicha noc” I śpiewające wiewiórki. Tak, właśnie śpiewające cienkim głosem wykastrowane wiewiórki. Dramat. Najgorsze jest to, że czasem siedzę i nagle słyszę, jak z moich własnych, prywatnych ust wydobywa się dźwięk typu: „Pa-rapa-pa-pam”. Kompletne dno. Zawsze wtedy gorzko płaczę nad swoim losem. Pieprzone „pa-rapa-pa-pam”.

Wniosek z tego taki, że w nastrój świąteczny muszę się wbić samodzielnie. Ostatnio nawet próbowałam, podczas depilacji nóg rycząc na całe gardło razem z Dżordżim „Last Christmas”, co zakończyło się ranami ciętymi i kłutymi, więc dam sobie spokój, a nastrój mnie opanuje, jak tylko pojadę do domu. Bo w domu najlepiej.

Chciałabym się również pochwalić. Zachowywałam się dziś jak rasowy Sprzedawca Roku. I jak na Królową Spinek przystało. Przyjęłam kilka hołdów pruskich i nie tylko, pojawiłam się na kilku audiencjach, zeszłam do ludu, aby ich wysłuchać i byłam przesłodka i dowcipna, co mnie samą dziko zszokowało i napełniło obrzydliwą radością, jak to ja jestem wspaniała. To chyba przez brak Cukru. Naprawdę, praca z ludźmi-konsumentami to szkoła przetrwania i sposób na kształtowanie charakteru. Bo jak tu nie przyłożyć komuś w takiej sytuacji:
-„Chcę portfel”
Pokazuję portfel.
- „Ale mniejszy, tylko na dokumenty i banknoty, bo ja drobne noszę w kieszeni.”
Niniejszym prezentuję portfel, który nie ma przegródki na drobne.
- „Pani, co pani mi tu daje?! Tu nie ma miejsca na drobne!”

Jeee, ręka świerzbi i już ją widzę na twarzy tego oto konsumenta, jeeej, ino roz! Ale nie, myślę: „Znaj łaskę pani, psie” i przywdziewam olśniewający uśmiech. Heh, w sumie to jest tak żałosne, że aż śmieszne. Ale jo to dupca. Biorę to po lekku (pojętna jestem, Bombon):D

I tym pozytywnym akcentem pożegnam się z Wami. 

Kolejne wybory Miss Świata za nami. Mieliśmy okazję obejrzeć cudownie wyuczone ruchy (prawie że synchroniczne), indentyczne gesty, tak samo olśniewające uśmiechy i zręcznie ukryte spojrzenia nienawiści na konkurentki. Najpiękniejszą kobietą świata została śliczna, młoda, zgrabna, lekko solaryczna piękność. Panuj nad nami łaskawie, Królowo!
Szczerze przyznam, że nie lubię tego rodzaju iwentów. Nie mam nic przeciwko wyborom Miss, tylko że organizatorzy od kilku lub nawet kilkunastu lat powtarzają, że tym konkursie nie liczy się tylko uroda. Yyy, jasne. Liczy się przede wszystkim piękno wewnętrzne, piękna i gładka osobowość. Po co te pozory? Te dziewczyny są przepiekne, to prawda. Tylko ich piękno wewnętrzne jest pokryte warstwą poliestru, tipsowego żelu i lakieru do włosów. Czy one reprezentują sobą coś jeszcze? Nie twierdzę, że są głupie, nie, nie. Tylko te wszystkie misski i talerzyki, że o filiżankach nie wspomnę, wyszły z jednej fabryki. Nawet jak miały nietuzinkową osobowość, została ona sprowadzona do jednego, równego poziomu. Nawet ja, z całą moją mizernością, mogłabym startować na Miss. Już nawet sobie przygotowałam odpowiedzi na pytania.
1. Co dla Ciebie jest w życiu najważniejsze? Co kochasz?
Odp.: Najbardziej kocham moją rodzinę/mojego chłopaka/zwierzęta (do wyboru. Plus przesłodki uśmiech).
2. Jaki jest Twój stosunek do nauki? Czy studiujesz?
Odp.: Oczywiście, moim zdaniem wykształcenie w dzisiejszym świecie jest podstawą. Studiuję pedagogikę (i tu przynajmniej wykazałabym się oryginalnością, bo pedagogika to nie zarządzanie i marketing. Następnie puszczam oczko do najpiękniejszego faceta z jury).
3. O czym marzysz?
Odp.: O pokoju na świecie (tu przyjmuję powazny wyraz twarzy).
4. Czym zajmujesz się w czasie wolnym?
Czytam literaturę beletrystyczną oraz klasyków filozofii. Uczę sie języków obcych i jestem wolontariuszką w schronisku dla psów (a tu mrugam porozumiewawczo).
5. Co byś zrobiła, gdybyś miała milion dolarów?
Przeznaczyłabym je na walkę z głodem na świecie (tu moje przecudne oczy zasnuwają się mgłą powagi).
6. Czym chcesz się zajmować w przyszłości?
Chciałabym realizować się zawodowo, a w czasie wolnym walczyć z globalnym ociepleniem. Bo jak te wszystkie bieguny się stopią, to będzie tyle wody! I te niedżwiedzie w tej wodzie cały czas… A ta woda taka zimna przecież… (chlip!) Chciałabym również współpracować z organizacją zajmującą się ochroną fok, ponieważ ja widziałam kiedyś taki program i oni tę małą foczkę w głowę bili, pałką bili, a ta foczka taka mała, a oni ją tą pałką… (chlip, chlip, chlip!)

To nie jest raczej konkurs inteligencji i charyzmy. Mnie te konkursy kojarzą się z wystawą psów. Tam też piesek musi pokazać, jak pięknie jest wytresowany.

Heh, po co ja o tym piszę? :D

Mój przyjaciel, G., bardzo mnie prosił, żebym coś o nim napisała. Ale tak bardzo prosił! Tak strasznie! „No proszę, napisz o mnie, napisz…” Będę wielkoduszna i spełnię jego marzenie. W zasadzie już spełniłam. W ramach wyjaśnienia, znamy się z G. już chyba z  7 lat, choć na początku się go bałam. Bo był całkiem inny niż ja. A teraz zastanawiam się, czy znów nie zacząć się go bać, bo wyjawił mi swą prawdziwą osobowość – to seryjny zabójca małomiasteczkowych siekier. Już 6 wykończył. Nie wiem, co on z nimi robi, ale to mi podchodzi pod zboczenie (G., pamiętaj, że negatywne komentarze będę usuwać, bo moja duma krytyki nie zniesie;P).

Ale G. miał przebłysk. I to jaki. Gadamy sobie wczoraj, a on mi mówi, że rozumie tego, co piszę na blogu. Ja pytam: „Czego nie rozumiesz?”, a on na to: „Bo ja nie wiem, czy w tym jest jakieś przesłanie, czy same pierdoły…”.

Hmm… Początkowo poczułam się urażona. Ale odpowiem na to pytanie. Otóż, JEST! Tylko to nie ma tak łatwo, wszyscy by chcieli, żeby przesłanie wchodziło im w oczy. Tu trzeba się skupić, pomyśleć, poddać tekst głębszej analizie, następnie interpretacji, a końcowo refleksji i poczuć, jak niosą cię impresje. Bo jam jest wieszcz narodowy, a imię moje czterdzieści i cztery!

Teraz poważnie. Moim zdaniem wszyscy wielcy ludzie byli w pewien sposób szaleni. Wszyscy, którzy stworzyli dzieła, nieważne, z jakiej były one dziedziny, ale które znamy i nadal podziwiamy, cechowali się niesamowitą wrażliwością, prawdopodobnie nadwrażliwością. Przykładwo, Van Gogh malował wbrew całemu światu, nikt go nie doceniał, przez to żył w ubóstwie. Był wyczulony na „prawdę”, tkwiącą w ludziach i na barwy tak bardzo, że nikt tego nie rozumiał. Z tych wszystkich emocji, które się w nim kotłowały, miał schizofrenię i epilepsję i nawet ucho sobie sam obciął (hardkor!). Ale za to jego obrazy są teraz jednymi z najdroższych na świecie, docenianymi, a jego nazwisko jest powszechnie znane. Nie twierdzę, że mnie one się podobają, bo gówno się na tym znam, zresztą, nie jestem typem wzrokowca, a znać się trzeba, żeby zrozumieć. Tak samo jest z innymi dziedzinami: fotografią, muzyką, filmem itp. I tyle to chciałam powiedzieć. A co!

Więc może ja też będę kiedyś wielka. Przejdę przez to ogólne niezrozumienie z podniesioną głową. Zresztą, każdy ma jakieś swoje banie, jedni dostają głupawki, inni agresji. Lepiej, żebym w ten sposób się realizowała, niż żebym potem miała się wyżywać na dzieciach, z którymi będę pracować, nie? Wy, moi wierni czytelnicy w powalającej liczbie 3 osób, poradzicie sobie z tym. A moim biednym dzieciom zostaną jakieś traumatyczne doświadczenia i dzieciaki będą potem chodziły powykręcane. Ja to robię z troski o nasze przyszłe społeczeństwo. O!

I to koniec tej politematycznej notki o wszystkim i o niczym.

Czekolaaaadaaaa! Dziś mam wolne. Jutro też. Czyli dwa dni nie będzie mnie w pracy. Czuję się prawie jak bezrobotna:)
Pełna energii od samego rana, czyli gdzieś tak koło południa, rozpoczęłam sprzątanie. A że powiedziałam przyjacielowi mojej kozy, panu G. (wielkie pozdro dla wielkiego człowieka), że rośnie mi ząb mądrości, to jestem teraz zobligowana do pisania rzeczy mądrych i poważnych, tudzież błyskotliwych i inteligentnych, i taka też będzie ta notka.
Czytam sobie ”Technopol” Neila Postmana (proszę sobie nie myśleć, że skoro najpierw piszę o sprzątaniu, a potem o ”Technopolu” to mam jakiś strumień świadomości czy inny niekontrolowany słowotok. Nie mam. To wszystko jest przemyślane i notka ta ma pewną zwartą, znaną tylko mnie samej, konstrukcję). A więc czytam. Mądra książka (chyba, bo jeszcze nie skończyłam). Postman przybliża nam prawdę o technice, której pozwoliliśmy się panoszyć, która zamiast nam służyć, panuje nad nami (więcej napiszę, jak przeczytam resztę). Otóż, ja właśnie dziś poczułam władzę maszyn nad sobą, i nie powiem, przyjemnym nie można nazwać tego doświadczenia. Postanowiłam zrobić pranie. Włączyłam pralkę. Postąpiłam zgodnie z przepisami BHP i innymi dystrykcjami UE. I co? I moja pralka poniżyła mnie w mojej własnej, prywatnej łazience! Co za szmata… Z tej pralki. Pranie się skończyło, wyciagam ciuchy i po kolei rozwieszam. Koszulkę, t-shirt, skarpetkę… Właśnie, JEDNĄ skarpetkę! Przeszukałam obszerny bęben pralkowy kilka razy. Nie ma. Nie ma mojej biało-różowej skarpetki. „Co robisz z tymi wszystkimi skarpetkami, potworze?!!” – zapytałam. Ale odpowiedzi nie uzyskałam. Skarpetki też nie. To jest właśnie ta władza maszyn nad człowiekiem. Upokarzające.

No, dziś to był dzień pełen sukcesów i spełnionych marzeń. Uzyskałam zgodę szefa i z gracją baletnicy wykonałam „pimp my stoisko”. Samodzielnie i własnoręcznonożnie. Nareszcie przebywałam w godnych warunkach, otoczona złotymi kokardkami, łańcuchami i maciupeńkimi prezentami bożonarodzeniowymi. Jak na Królową Spinek przystało, odbyłam kilka audiencji, przyjęłam parę hołdów pruskich (że niby tylko Zygmunt może przyjmować?! Ja też mogę, nie jestem gorsza, pff…), skinęłam łaskawie mą zacną głową w odpowiedzi na pozdrowienia wielkich tego świata i to by było na tyle. Czyli, ogólnie rzecz biorąc, nuda i dzień jak co dzień, ale w bardziej sprzyjających warunkach. 
Tak rozochocona postanowiłam spimpować również moje mieszkanie. Na szczęście, mój K. był nieobecny, mogłam więc wyżyć się kreatywnie, twórczo i z pasją. Żeby ta pasja była lepiej zauważalna, włączyłam ulubioną płytę, zapaliłam sziszę, wypiłam dwa piwka i poczułam magię świąt. Co uskuteczniłam pisząc tego oto właśnie posta.
Cooo-raz bliżej święta! Cooo-raz bliżej święta, najlepsze prezenty ukryteee są w seeercaaach!!!

Mam kryzys. Pierwszy odcinek „Gorzkich żali”, kamera, uwaga, akcja! To chyba deprecha jesienno-zimowa. Witam bardzo żałośnie wszystkich smutasów.Moja mama ostatnio też miała kryzys, ale wywołany czynnikami, którym można było przeciwdziałać. Mianowicie, sterta ciuchów do prasowania to właśnie te czynniki. Siedzimy przy nich obie i się dołujemy, no bo kto to wszystko wyprasuje?! Mama powiedziała, że życie nie ma sensu. Chciałam jej pomóc z dobroci serca swego i mówię, że wiem, jak odnaleźć sens życia. „Idź do sklepu” – mówię – „i kup sobie sexy bieliznę, a potem połóż się na łóżku.” W odpowiedzi na zdziwione spojrzenie rodzicielki dopowiadam: „To działa, serio. Doda też tak robi. I śpiewa: Odnaaalaaazłaaam seeens żyyycia, odnaaalaaazłaaam gooo…”. Wtedy dostałam zwiniętymi skarpetami i się zamknęłam.Porozmawiajmy poważnie, jak na dorosłych ludzi przystało. Kryzysy rozwojowe są rzeczą normalną. Przychodzi takie coś, łupnie cię w głowę, w serducho, może i w wątrobę, i wtedy nie wiesz, co robić. Pan Erikson (nie ten od telefonów) wymyślił teorię, wg której życie człowieka składa się z ośmiu sekwencji, na poziomie których dochodzi do „rozwiązania” lub nie rozwiązania takich właśnie kryzysów, typowych dla danego wieku. „Rozwiązania” kryzysów wpływają na tożsamość człowieka, jego obraz siebie i samopoczucie, a niepowodzenia w rozwiązaniu kryzysów dają o sobie znać w postaci pojawiających się na dalszych etapach rozwoju problemów. Mechanizmem kryzysotwórczym jest konflikt pomiędzy popędami jednostki, a pojawiającymi się nowymi wymaganiami ze strony otoczenia. A Doda nawet z kryzysów wychodzi półnaga. „Odnaaalaaazłaaam seeens żyyycia, odnaaalaaazłaaam gooo…”Właśnie taki kryzys zapukał do mych drzwi. Nic mi się nie chce, sensu ani widu ani słychu, ogólnie czuję takie wewnętrzne bleee. Wciągam już mąkę pszenną, bo koki zabrakło:) Moja magisterka jeszcze nie istnieje, a wątpię, żeby do czwartku jakoś się zmaterializowała.  Może to tylko nieznośne poplątanie, może to tylko chwilowa zapaść woli? Ehhh… Koniec na dziś z pierdołami. Jakby to powiedziała pewna cukrzyczka: Ocaleję mimo to.


  • RSS