wszyscymogatojatez blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2010

Systematycznie, co pół roku, zadaję sobie pewne pytanie. „I było mi iść na studia?” Taaak, to jest to. Groźnie brzmi: S.E.S.J.A. System Eliminacji Studentów Jest Aktywny. Ciężki czas dla mózgów. Skończył się ich okres ochronny. Już nie mogą oddawać się beztroskim rozrywkom. Teraz wszyscy zdesperowani wykładowcy biorą w ręce broń w postaci kolosów i egzaminów i mierzą nimi w biednych studentów. Nierzadko jakiegoś ustrzelą. Ech… 4 miesiące hodujesz w sobie leniwca, z całym zapałem miłośnika zwierząt, żeby go później tak okrutnie wyrzucić na śnieg i mróz i posolone ulice. Dni bez litości (dla mocnych kości:D). Byle wytrzymać do końca stycznia i pierwszego tygodnia lutego. No, i później też wytrzymać. Kac posesyjny to ciężka sprawa. Wniosek z tego taki, że z sesją czy bez sesji, student zawsze cierpi dolę.

A tak odnośnie śniegu. Nienawidzę zdania: „Zima znów zaskoczyła drogowców”. Czemu, do diabła, ich zaskoczyła?! Czemu oni zawsze tak szczerze zdziwieni? Przecież to taka pora roku, że raczej śniegu się trzeba spodziewać…

Zima fajna sprawa. Ja tam lubię jak śnieg pada. Lubię, jak skrzypie pod nogami. Lubię, jak się iskrzy w nocy w świetle księżyca. Jak pada w pochmurny dzień. Jak pada w słoneczny dzień. Lubię. Dlaczego? Bo śnieg:D  A ta zima jest szczególna, ponieważ ani razu nie wyrżnęłam orła, jestem więc z siebie dumna i Wy ze mnie też bądźcie, bo inaczej to się pogniewamy. Ale i tak z utęsknieniem czekam na jesień, bo jesień to najpiękniejsza pora roku i najbardziej romantyczna. Najlepiej, żeby ciągle siąpił deszcz. Czyni to zadość mojemu słowiańskiemu smutkowi w duszy. I wtedy ten smutek się cieszy, że się może smucić:D Głębokie to było:D

Sylwester minął. Śmiesznie było. Nawet mojego szefa opanowała niezwykła atmosfera dnia wczorajszego – pozwolił mi wyjść z pracy godzinę wcześniej i nawet przemówił ludzkim głosem i złożył mi życzenia udanej zabawy, dobrego Nowego Roku i wielu łask bożych. Szefuncio, heh. Odwdzięczyłam mu się tym samym, życzyłam wysokich utargów, wielu kolorowych spinek i samych wspaniałych pracowników – takich jak ja.

Moje świętowanie rozpoczęło się już w pracy piciem szampana z Chwetą. Ta nutka perwersji, gdy przechodzili koło nas ochroniarze – bezcenna! Później, jak na Quenn of Spinka przystało, przywdziałam wspaniałe szaty, kilogramy biżuterii, wykonałam staranny makijaż, a co najważniejsze błyszczący, a to całe dzieło zwieńczyłam włożeniem na głowę diademu. I było wielkie łał, uwierzcie na słowo. Potem było trochę chujowo, ale kto jak kto, ja się bawić umiem, więc włączyłam sobie karaoke i pięknie śpiewałam. A jak się już napiłam, to było jeszcze piękniej i jeszcze głośniej. Skutkiem tego nie mogę dziś mówić. Ale jak usłyszałam dziś nagranie, oł maj gad, zajebista jestem po pijaku, hehe. Miałam w zanadrzu kilka układów choreograficznych, ale nie było chętnych do ich obejrzenia. I niech teraz żałują, o! A potem to już nie pamiętam, w sumie szybko odpłynęłam. Pamiętam tylko, jak wykrzykiwałam życzenia do ludzi z bloku naprzeciw, wychylając się z balkonu, co na ósmym piętrze jest sztuką cyrkową. Ale najbardziej to się zestresowałam o 3 w nocy. Spałam już, a tu nagle Asia moja wysyła mi smsa z życzeniami. Ja wiedziałam, że miejscowość L. jest dziwna, ale że tam jest inna strefa czasowa, to nie byłam uświadomiona. Bo życzenia wszyscy wysyłają przecież o 12, a skoro do mnie doszły o 3? Zresztą, nieważne. Na łamach mojego popularnego bloga chciałabym podziękować Asi za śliczne życzenia, ale tego stresu to Ci nie wybaczę, oj nie! Obudziłam się, przeczytałam tego smsa i zerwałam się z łóżka jak w wojsku, w którym nigdy nie byłam. Przeraziłam się, że przespałam Sylwestra, patrzę, a ja już w piżamie, a gdzie mój strój, a gdzie makijaż, a gdzie wódka?! Iiijeee, to było straszne, tak sobie wkręciłam, że zapomniałam o Sylwestrze, że się popłakałam. Asia, jak Cię kocham, tak to wydarzenie kładzie się cieniem na naszym związku.
Ogólnie to trochę się zeszmaciłam. Ale w końcu od tego jest ostatni dzień roku. I jestem z siebie dumna. Zachowałam godność i nie zwróciłam ani barszczyku, ani śledzika, ani niczego innego. Mam jeszcze jeden powód do dumy. Mianowicie, ściągnęłam samodzielnie soczewki. W takim stanie wyniszczenia to uczynić, bravo, bravo, bravissimo! W oko trafić, no, no, no!

Teraz czas podsumować ubiegły rok. W sumie to nic szczególnego nic się w nim nie wydarzyło. Było trochę fajnie, trochę niefajnie, a czasami chujowo.
Do rzeczy miło wspominanych będą należeć moje praktyki w przedszkolu. Takiej bani, jak we wrześniu, nie miałam nigdy, dzięki dzieciakom chodziłam jak naćpana i z bananem na twarzy – z radości, oczywiście. I nikt nie zginął:) Poznałam też kilka ciekawych osób. Nie ma ich wiele, ale za to jakie one są! O kim piszę, wiedzą zainteresowani. Liczy się jakość, a co! Ostatnie miesiące upłynęły też pod znakiem polskich zespołów muzycznych. Nie wiem, na jakim świecie ja żyłam, ale ostatnio poznałam tyle wspaniałych dźwięków, że łoj! Dzięki Panu G. poznałam Mesjaha. Przesyłam cmoki dziękczynne. A dzięki kochanej niepozornej Goszji M. przekonałam się do zespołu, którego oksymoroficzna nazwa odrzucała mnie skutecznie – HappySadu. I dzięki niej zakochałam się w Gutku, który dołączył do mojej olbrzymiej listy ludzi, których wsadziłam sobie do serducha. Ave Goszjia M.! No, pojawiło trochę tych zespołów. Odkrycie Natural Dread Killaz i Indios Bravos to moja zasługa. A za Fisza dziękuję Bombonowi:* Oczywiście, na pierwszym miejscem niepodzielnie włada Roguc – mój, mój:* Ale świat moich dźwięków wzbogacił się, a jak!
A o złych rzeczach w minionym roku nie będę pisać, bo one i tak siedzą w głowie.

A teraz czas na noworoczne postanowienia.

1. Spróbuję na nowo odkryć sens studiowania, bo ostatnio to kulawa sprawa. I uczyć się będę ładnie.

2. Będę regularnie ćwiczyć, bo było – nie było, czas nie działa na mą korzyść i pośladki nie są już takie jak kiedyś. I w ogóle ruch to zdrowie.

3. Będę jeść smacznie i zdrowo. Czyli rozwinę swoje zdolności kulinarne. Bo na razie one zaczynają się i kończą na przygotowaniu zupki chińskiej (choć wczoraj zostałam oskarżona, że nie umiem zrobić barszczu z torebki. Jak komuś nie smakuje, to niech nie je!). Cztery lata już żyję na tych zupkach i żyję, ale jednak trzeba coś z tym zrobić. Albo znajdę sobie męża – kucharza. O, to będzie prostsze! Szkoda, że Gotujący Mężczyzna jest już zajęty, trzeba dalej szukać, ehh…

4. Ograniczę picie.

5. Przestanę przeklinać. Trochę kultury językowej nikomu, kurwa, nie zaszkodziło…

6. Zacznę spełniać marzenia z mojego Zeszytu Marzeń. A bo sobie założyłam takowy.

7. Rzucę palenie. Bo to śmierdzący nałóg.

I to chyba wszystko. A jak sobie coś przypomnę, to dopiszę. Bo bez czekolady i herbaty to ja żyć nie umiem i świadomie sobie krzywdy nie wyrządzę, rezygnując z nich.

Pożegnam się po papiesku. I pozdrawiam Was ciule:D

  


  • RSS