wszyscymogatojatez blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2010

Jak wyżej. Łup, i po śniegu. Stopiły się tony brudnego śniegu. I wcale nie jest lepiej, łoj nie. Kupy wyszły na świat, wyciągają zdrętwiałe głowy w stronę słońca.
Psich kup ci u nas dostatek. I to kup, że się tak wyrażę, wszelakiej maści, od złotych, poprzez rude, aż po różnorodne odcienie czerni, oraz wszelakiej faktury: od rozmiękłych do skostnialych.
A one wredne mendy są, bo same cisną się nam pod buty. Ciekawe, jaki zasięg posiada kupa przyklejona do buta? Na szpilce pewnie mały, ale na glanach, ło ho-hooo… Kto wie, może nawet międzynardowy.

Fantazja

1 komentarz


Przeczytajcie uważnie. O czym jest ta piosenka?;>

MOJA FANTAZJA
Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego (2), fantazja, lalalalalala lalalalala.

To SZKIEŁKO wszystko potrafi, na każde pytanie odpowie, wystarczy wziąć je do ręki i wszystko będzie różowe, wystarczy wziąć je do ręki, usypać ZIARNKO fantazji i już za chwile można DOLECIEĆ aż do gwiazdy.

Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego (2), fantazja, lalalalalala lalalalala.

To SZKIEŁKO nigdy nie płacze, zawsze jest w DOBRYM HUMORZE, to SZKIEŁKO WSZYSTKO ROZUMIE, każdemu chętnie pomoże, wystarczy wziąć je do ręki ZIARNKO fantazji DOSYPAĆ i już za chwile można z panem Kleksem w świat pomykać.

Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego (2), fantazja, lalalalalala lalalalala.

O PALENIU MERY Z LUFKI!!!:D

Na studiach to czasem się można nawet czegoś nauczyć. I rozwinąć się twórczo i kreatywnie. Ale od początku. Ostatnio zdarzyło mi się przeczytać pewien tekst. Może nie ostatnio, tylko z miesiąc temu, ale teraz sobie o tym przypomniałam. Ten mój zapłon:D Spodobało mi się to, co ten pan w tekście ujął, choć nazwiska tego pana nie pamiętam (moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Jak ktoś wie, niech mi napisze, coby mnie wyrzuty sumienia nie zeżarły).
Nasza droga profesor S. ciągle powtarza, że współczesna muzyka to nie muzyka, wszystko jest schematyczne, standardowe, jednorodne, mało twórcze, mało wartościowe… Pewnie jej badania to dowiodły. I jej osiemnastoletnie doświadczenie nauczycielskie. Musicie wiedzieć, że ona, jadąc samochodem i słuchając radia, gdy puszczą akurat jakąś piosenkę, której ona nie zna, to zawsze potrafi ją sobie dośpiewać. ZAWSZE. Zdolna bestyja, nie ma co. Ja nie twierdzę, że tak nie jest, bo jeśli się posłucha kilka utworów muzyki komercyjnej, to faktycznie tak jest. Kolokwialnie mówiąc, wszystko na jedno kopyto. Ale oprócz tego, co puszczają w radiach, istnieje jeszcze inna muzyka. Niestety, tę pani S. również deprecjonuje, twierdząc, że jej główne elementy występowały już w średniowieczu. Nie znam się na tym, wierzę jej na słowo. I jej badaniom. Niemniej, irytuje mnie takie stawianie muzyki klasycznej na pierwszym miejscu i jej ogromna pogarda dla innych rodzajów muzyki. Oczywiście, zgadzam się, że muzyka klasyczna jest prawdziwym dziełem, wymaga ogromnych zdolności, jest piękna, po prostu jest dziełem sztuki. Stworzyć utwór, który stanowi pewną całość, na którą składa się niezliczona liczba instrumentów – tego nie dokona nawet Turbodymomen. Jednak inna muzyka też jest wartościowa. Dla mnie liczy się przede wszystkim funkcja emocjonalna muzyki, na którą składa się, oprócz melodii, również wiele innych czynników: indywidualność i charyzma zespołu, tekst piosenki, przekaz emocjonalny. Dla mnie, nawet jeśli piosenka ma uproszczoną melodię, a wokalista/tka nie ma imponującej skali głosu, ale wyraża pewien przekaz emocjonalny, to jest to dzieło sztuki. Coma specjalizuje się w przekazie emocjonalnym – słyszeliście, co ten Roguc wyprawia z głosem? Pewnie dużo dała mu szkoła teatralna… Nie znam nikogo, kto tak wspaniale i prawdziwie oddaje emocje jak on. Ale cicho już o nim, bo wszyscy się dowiedzą, że go kocham, a Piotrek ceni sobie prywatność. I nie będę wywlekać naszego wspólnego życia na łamy tego oto wielce poczytnego blogassska:D
I właśnie ten pan pisze o konieczności docenienia innych rodzajów muzyki. Akurat on mówi o rocku, ale myślę, że odniósłby to również do innych typów. Twierdzi, że trzeba wykorzystywać jego emocjonalną stronę, która jest bardzo ważna dla ludzi młodych, ogólny przekaz itp. Wg niego każdy pedagog powinien znać ten rodzaj muzyki i następnie wykorzystywać go w pracy z młodzieżą.
I to mnie natchnęło twórczo. Znaczy się, wizji dostałam. I widzę Goszję, która mówi do dzieci na zajęciach ruchowych: „Kochane dzieci, dziś poznamy przysiady, skręty i skrętoskłony”, potem włącza reggae, rozdaje dzieciom skręty i po każdym zaciągnięciu się dzieci robią skłony albo przysiady… Hahaha:D A ja, również korzystając z rad tego pana, potraktuję dzieci Nirvaną albo Systemem i zatańczę z nimi pogo:D

Feryje, czas lekki i przyjemny, dobiegł końca. Czas powrócić do pracy wśród rzeczy będących wytworami nieszczęśliwych chińskich dzieci. I koreańskich też. Depresja zimowa gotowa do biegu, start!
Dużo się działo. Nie dużo, duuuużo. Po pierwsze, nadejszla wiekopomna chwila i Dżoana ma postawiła swą boską stopę na czarnej ziemi. Tak, tak, tak, widzę zdziwienie na Waszych twarzach – naprawdę Asia znalazła drogę i czas i zawitała na Śląsku. Co prawda, spędziła tu niecałe 24 godziny, ale można powiedzieć, że intensywne, a wszyscy wiedzą, że liczy się jakość (zaraz po długości). Mam nadzieję, że znów do mnie przyjedzie. I szybciej niż za cztery lata. Tak, Asiu, musiałam sobie pozwolić na tę drobną uszczypliwość, niech wszyscy się dowiedzą, może Ci się zrobi głupio i będziesz częściej przyjeżdżać. Bo jak tu mieszkam 4 lata, to Asia pierwszy raz nawiedziła me skromne progi. I teraz jesteś już osobą publiczną i nie możesz sobie pozwalać na takie zaniedbania. No. Reprymenda była.
Po drugie, w domku byłam i było cudnie. Spałam i spacerowałam, hej siup, zmiana dup! spacerowałam i spałam. Dwa słowa weszły na stałe do mojego słownika dzięki zacnemu Panu G.: „rozkmina” i „ogarniać”. I w sumie to ich tak często używam ostatnio, że mogę posługiwać się tylko nimi dwoma i z każdym się dogadam. No, może wtrącając gdzieniegdzie wieloznaczne „kurwa”.
Na łyżwach jeździłam. Haha! Zmolestowałam pół miasta, żeby ktoś mi je pożyczył. Zapewniam, że jestem cała i zdrowa, niczego sobie nie połamałam, miałam dużo radości i mocne kości:D Jak ja marzyłam o tych łyżwach… Ogromnie się nakręciłam. A jak już ubrałam i poszusowałam, wymachując rękami jak wiatrak, ahhh… Cud, miód i orzeszki:D Asia, łyżwy już mam, więc zaprawdę, zaprawdę, powiadam Ci: za tydzień idziemy na lodowisko:D
Z Asią też było cudnie. Zwłaszcza przy cappuccino i Czarodziejce z Księżyca. Mało się nie pobiłyśmy o Taksido:D Bo Taksido to moja pierwsza miłość…
Musimy to powtórzyć, Zapałko kochana:*
A, i jeszcze jedno. Nowe doświadczenie. Pierwszy raz w życiu miałam okazję poczuć woń wydzielaną przez zbuka. Czyli zepsute jajko, wyjaśniam ignorantom. Mało tego, był to zbuk przepiórczy. Małe to, ale moc posiada potężną. Straszliwe doświadczenie, które skończyło się myciem lodówki o północy (ja coś mam z tym nocnym myciem lodówek, jakieś fatum czy inny czort). Zastanawiam się, czemu jeszcze zbuki nie są wykorzystywane jako broń masowej zagłady. I czemu moja mama trzyma je przez pół roku w lodówce.
I ogólnie ferie były krótkie, acz treściwe. Wydarzyło się wiele spodziewanych niespodzianek i niespodziewanych spodziewanek… No… Ale mało ich, mało… Ferii, znaczy. Najchętniej to bym rzuciła wszystko w pizdu i odleciała na wieprzu. Jak Natasza z „Mistrza i Małgorzaty”. Włosy rude już mam, oczy zielone również posiadam, rozebrać się mogę w każdej chwili, tylko mi wieprza brakuje, no. Jakby Bułhakow żył, to bym została jego żoną. Czekaj na mnie po drugiej stronie, bo za tę powieść, Misza, to kocham Cię miłością bezgraniczną!
I tak powstał ChocaPic.

Oto jestem. Wielki kom bak. Poproszę o fanfary i werble zwiększające napięcie. Ta-dam! Oto jestem! Dziękuję bardzo.

W sesyjnym ferworze zapomniałam o moim internetowym dziecku. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Ale oto skruszona mamusia przyszła i ofiaruje dziecku życiodajne mleko.

Dziś miało być o inteligencji. Yntelygencji. Zostałam do tego skłoniona przez starą purchawkę rodzaju męskiego, lecz inne sprawy przysłoniły to zagadnienie i jak będzie mi się kiedyś chciało, to powrócę do niego.

Dziś będzie o Big Brotherze. Ano tak. Stało się to za sprawą małżeństwa wrocławskich ciuli, czyli mojego szefostwa. Nawiasem mówiąc, chciałabym oznajmić, że moja szefowa jest psychiczną osobą z brzydkim ryjem, która robi wszystko, by wydać się otoczeniu inteligentną. Nawet nie chce mi się mówić o jej słownictwie („ekspozycja torebek” – czyli torebki położone na szafce, „pyki” – czyli spinki do włosów, które robią „pyk” przy odpinaniu, „kręciołki” – czyli stojaki na kolczyki, „koralowiec” – czyli stojak na korale). Ijeee, słabo mi się zrobiło. A jej mąż wygląda, jakby był założycielem Klubu Geja. Jak widzę jego wywinięte ciżemy i napis „Armani Jeans” na bawełnianej koszulce, to popadam w czarną rozpacz. Rozpacz moja zrobiła się najczarniejsza z czarnych, gdy z ust mojej szefowej padło wyrażenie „urządzenie rejestrujące”. Tak, mili państwo, na stoisku, które ma powalającą wielkość 2 na 2 metry, oni przebiegle zamontowali dwie kamery. Powtarzam, dwie kamery.  Oba oka technologicznego Saurona są skierowane na mnie. A Froda, który by zniszczył tego potwora, zagrażającego mojemu spinkowemu Śródziemiu ani widu, ani słychu. Jestem załamana. Jak tu teraz podłubać sobie w zębie czy nosie? Teraz nawet po jajkach podrapać się nie wypada. Dobrze, że w tych kamerach nie ma urządzenia rejestrującego zapach, to przynajmniej bąki będę mogła puszczać do woli. Dźwięku też raczej nie rejestrują, bo już pierwszego dnia wyleciałabym za inwektywy kierowane pod ich adresem. O nie, a jeśli oni potrafią czytać z ruchu warg?!! Tak czy inaczej katastrofa. Już nie będzie moich dzikich tańców z portfelami ani cukrzycowych pląsów Bombona. Moje życie straciło sens.

Jutrzejszy dzień upłynie mi na gorączkowym przygotowywaniu się do ostatniego egzaminu. Jak zwykle wszystko robię na ostatnią chwilę. Panikę mam w sobie ogromną, bo to będzie rozmowa z Niezwykle Mądrym Panem (nie ma tu śladu ironii), przy którym jąkam się straszliwie. Ostatnio robiłam sobie test na lateralizację i wyszło mi, że mam skrzyżowaną (dominujące lewe oko i prawa ręka), co może powodować jąkanie i myślę, żeby od tego argumentu rozpocząć egzamin. Dżizyz, przecież mój mózg przy mózgu Pana Krzysztofa to wysuszony polip… Wódki mi dajcie, bo nie ogarnę.

Idę łkać w samotności i ogólnym niezrozumieniu.


  • RSS