Dziś się dowiedziałam, że mojemu Tesiakowi się nudzi. I z tego oto powodu publikuję kolejną notkę, aby jej się nie nudziło, aby poczytała mądre rzeczy, przemyślała i wzbogaciła swe zacne wnętrze. Bo ona tu buszuje, okazało się! Tylko tak niepostrzeżenie jak Marcowy Zając:)

I notka ta jest wyrazem mej czystej miłości do niej. Bo ja jestem pozytywna, kocham ludzi i zwierzęta i czekoladę i wszystko co słodkie, to trochę miłości lesbijskiej skierowanej w stronę Tesiaka też się znajdzie. Teśśś, oficjalny blogowy kusiol dla Ciebie :* (poczułaś, jak liznęłam Cię po policzku?) Wierzę w Ciebie maleńka ma:*

I notka ta jest też wyrazem mojego buntu. Ano tak. Ja się nie dam, oj nie. Nikt mi nie będzie mówił, że nie mam w sobie radości życia. Bo mam. Tylko naszą swojską, polską radość życia. Jestem jak rakieta patrjot:D Mazurek Dąbrowskiego w sercu mi gra, tamtarara-tam-tarara, tamtara-ra-ra-ra…:D Wieczny uśmiech na twarzy, radosne szczebiotanie i idealny makijaż to nie dla mnie. Ja nie chcę być jak lale, co wyglądają, jakby nie robiły kupy (cytat z Betty:). Kupę robię, owszem, nie wstydzę się. Kupa rzeczą ludzką jest. Ale nie miało być o kupie, tylko o radości życia.
Nie powiem, czasem mnie roznosi i hopam sobie - tak wyrażam ciałem, gestem i mimiką, że się cieszę. Jednak czasem mam potrzebę innego wyrażenia swej radości, w sposób typowo polski. I wtedy narzekam, jęczę, jojczę i kulam się po podłodze. Ta moja radość przyjmuje bardziej subtelne formy i wyraża się w rozmazanym makijażu i wiszącym szpiku u nosa. Zachowanie takie jest wynikiem romantycznej i smętnej strony mojej duszy. A tak, jestem siostrą Wertera i nieślubną córką Gustawa z Dziadów i lubię jak pada deszcz, jest mokro i wilgotno, lubię pocierpieć, czuć ból istnienia i wewnętrzne rozdarcie, bo wtedy wiem, że żyję. I dzięki temu potrafię docenić małe codzienne radości.
A jak ktoś ma inny pogląd na tę kwestię, niech sobie założy gumkę od słoika na głowę, żeby mu nie pękła.