wszyscymogatojatez blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2010

1. Hula-hopować. Od dziś mam hula-hop i kręcę. Można się wkręcić. Wpadłam w trans i próbowałam kręcić, pisząc bloga. Na szczęście, jest to trudne, więc mogłam się oderwać. Towarzyszyły temu zajęciu dźwięki płyty „Shaman” Santany (bo raczej nie będę hulać do Comy): wściekła gitara, dzikie trąbki i skwierczenie spalającego się tłuszczu. „W poszukiwaniu straconej formy”:D

2. Czytać. Wyprosiłam u kumpeli kryminał i czytam. W celu upewnienia się, że na jutrzejszym wykładzie nie będzie mi się nudzić.
3. Wprowadzać jesień do mieszkania. Heh, przypomniałam sobie o suszonych liściach i poprzyklejałam je, gdzie się tylko dało, więc mam teraz prawdziwy liśćopad:D
4. Przygotowywać faszerowane jajka. I co się patrzycie, nigdy się Wam o północy nie zachciało jajek ze słonecznikiem?!
5. Pożerać przygotowane faszerowane jajka. I znów kij strzelił dietę i próby odzyskania brzucha z czasów liceum… A od wczoraj się odchudzałam, no… Ale za to było pysznie, mniam…
6. Pielęgnować buty. Oooo, na tym to ja się ostatnio znam, to i pielęgnuję. Muszę właśnie teraz, choć wołały o to od czwartku. Ale to dziś jest ten dzień.
Hmmm… I to chyba wszystko. Oj, tak… Życie towarzyskie oraz natłok „czynności niezbędnych do wykonania” jest wprost proporcjonalny do przybliżania się terminu oddania kolejnego rozdziału pracy magisterskiej i w ogóle jakiejkolwiek nauki:) Czemu człowiek zawsze znajdzie sobie tysiące rzeczy do wykonania, gdy ma pewne obowiązki, od których nie ucieknie? I potem będzie płacz, zgrzyt, stres, depresja, wołanie o pomstę i takie tam… Ale nie, zawsze wszystko trzeba zostawiać na ostatnią chwilę:)
Kurczę, te liście odpadają, chamy zbolałe. I papugi zgrzytają dziobami. Całe życie z wariatami.

Lalalaaa… Śpiewająco jakoś:) Co JA może robić prawie sama, w środku nocy, z dzbankiem czerwonej herbaty przy boku (grzeje lepiej niż jeden chop!) i pękającą makówką? Ano, wylewa swe emocjonalne brudy na internetowe łącza. Jupi jej:) Trzy, dwa, jeden… Poszła!

Mianowice byłam na Fruwatych, tfu, Skrzydlatych Świniach. Wcale nie zmotywował mnie fakt, że gra tam mój przyszły mąż, Roguc, ani mój kochanek Pablo Małaszyński, a już na pewno nie możliwość obejrzenia, dotąd skrzętnie skrywanego, tyłka Pabla, wcale a wcale. Ok, może trochę. Może nawet bardziej:) No i tak. Nic mnie nie wzburzyło, nie poderwało, nie oderwało od rzeczywistości, film jak film. Kurczę, nie wiem z czego wynika moje rozczarowanie, może oczekiwałam czegoś w stylu brytyjskich Hooligans (nie żebym lubiła naparzanie). Właśnie obejrzałam sobie Wojewódzkiego, gdzie byli Piotr i Pablo: stwierdzili, że Świnie to nie jest film o kulturze kibiców, ale o pewnych życiowych problemach młodych ludzi. Ok, ale tych problemów to było tylu a tylu… Bo: Oskar w konflikcie z żoną, bratem, klubem i samym sobą, Mariusz (mniej yntelygentny brat – Piotr doskonale się odnalazł w tej roli, mój Ci on:) skłócony z Oskarem i Baśką, Baśka skłócona z Mariuszem, klubem i Oskarem chyba też. Takie nagromadzenie konfliktów zaowocowało powierzchownym podejściem do sprawy. Bo jak laska, którą kumple, w ramach kary za zdradę klubu, rozebrali, sfotografowali i przegonili taką, jak Bóg stworzył, może wcale tego nie przeżywać, a potem nagle się za to mścić? Albo nie czaję, czemu ona zniknęła po przespaniu się z Oskarem… Można się domyślać, że się wycofała, ale co z nią się stało? To tylko takie moje egzystencjalne rozmyślania, pomysł dobry, aktorzy świetni (jak ktoś zaprzeczy – dostanie w ryjka), ale można było skupić się na tych problemach bardziej, pogłębić je, nadać im bardziej rzeczywistego kształtu i koloru, kurczę, trochę więcej emocji w to wpleść! Dużym plusem była muzyka w filmie. Comy oczywiście:) Podsumowując: obu panów na P. darzę nieposkromionym uczuciem. Platonicznym. Na razie;P
Wiecie, co sobie jeszcze myślę, moi wspaniali czytelnicy? To Wam powiem, co Wam powiem, ale Wam powiem. Takie refleksje mnie naszły ostatnio, że jestem szczęściarą życiową jakiej świat nie widział I… I próbowałam to opisać, ale mi nie wyszło, tzn. że zubożył mi się słownik czynny i musicie poczekać aż się wzbogaci;P Jestem szczęśliwa, bo znalazłam SWOICH ludzi, no:) Oni są sławni i nie chcą, żeby o nich pisać…:)
Dobra, kuwa, dość tych sentymentów. Moje trampki są sławne i są w necie, chcecie to sobie wejdźcie na Myszy mają głos i obadajcie:D
Teraz coś na zakończenie programu. Nius pt. Jak zmarnować sobie młodość, czyli stań się łabędziem II. Uwaga -> Teśka kupiła suknię ślubną<- Klamka prawie że zapadła. Z szoku wywołanego tą informacją nie obraziłam się za pominięcie mojej obecności podczas wybierania tego drogocennego towaru.
P.S. Teśka raczej też nie chce, żeby o niej pisać, ale ona jest już tak sławna, że jej nic nie zaszkodzi.

Ha! Jest pięknie i wsio:D Wczoraj mianowicie uskuteczniłam bieganko w parku. Było bosko: mżawka, park, mp3 i ja. Mokro i wilgotno, czyli tak lubię najbardziej. I tak jak w temacie (la viva Roguc:D) Czasem tylko spotkałam samotników, spacerujących w deszczu, sycących swą słowiańską duszę wonią umierających liści i wilgotną mgłą. Bracia i siostry, robiłam to samo co wy, tylko trochę szybciej:) I więcej kropli nałapałam.

Poza tym jest kolejny pozytyw. Pod blokiem rosną stokrotki! Ucieszyłam się, że hej:) Listopad wlazł do miast z całą nieśmiałością września. I piękny zachód słońca dziś widziałam… Ahhh, romantyczna się zrobiłam czy co?
I następny pozytyw.  Jutro będziemy się integrować po praCCCy. Będzie się działo, ojjj będzie:D Trochę pamiętam z ostatniej integracji, więc jeśli będzie podobnie, to może być nawet git. A pewnie i  lepiej, bo będzie nas więcej. A wiadomo, że im więcej kobiet i alkoholu, tym ładniejszy paw:D  

Kurwa.
Miało być inaczej, miało być przyjemnie i relaksująco, miało być alkoholowo i towarzysko do odcięcia, miało być po stokroć zajebiście. A znów było galaretowato.
Było niepokojąco, strachliwie i żałośnie. Spotkania towarzyskie były popisem aktorskich umiejętności i skrywaniem tego, co wyzierało z dna czaszki, mózgu czy czegoś tam innego, co siedzi w głowie. A z jakiego to powodu? – zapyta ktoś. A dlatego, że w tym roku miałam powód, żeby przyjechać na to zacne święto. A dlatego, że to już kurwa rok. A również dlatego, że nadal nie rozumiem, nie chcę uwierzyć, nie pogodzę się z tym, że to ZŁE się zdarzyło, że się znudziłeś Panu Niebieskiemu W Niebie Siedzącemu w połowie. Nawet nie. W jednej czwartej swojego życia. I to jebane odliczanie, że to trzy dni temu minął rok, że wczoraj były Twoje urodziny i że wczoraj powinnam Ci zaśpiewać Twoje dwudzieste czwarte „sto lat”.
Kurwaaaa…


  • RSS