wszyscymogatojatez blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2010

Wczoraj minęła dokładnie 30 rocznica dnia, w którym zmienił się bieg historii. A z pewnością historii muzyki. Dopadła mnie wena, która nie pozwoliła mi zasnąć, dopóki nie stworzę tej oto długaśnej notki, w której moje wyobrażenia mieszają się z faktami.


Siedział w swoim małym pokoju. Było chłodno, choć ogrzewanie było ustawione na maksymalną temperaturę. Przez nieszczelne okno do pokoju wdzierały się podmuchy wiatru. Spojrzał przez okno na dziko wirujące płatki śniegu. Nie odczuwał zimna, wręcz przeciwnie – był rozgrzany i zaczerwieniony, a pod pachami pojawiły się mokre plamy, których nie zauważył. Siedział przy biurku już od kilku dobrych godzin. Był zły na siebie. Po co w ogóle do niego podszedł?! Przypomniał sobie, co czuł, gdy podawał mu rękę. Niepewność, nieśmiałość, radość, uwielbienie… Zazdrość. Złość. WŚCIEKŁOŚĆ. Przed oczami stanął mu obraz łagodnie uśmiechniętej twarzy człowieka spełnionego. Człowieka, który ma wszystko. W przypływie gorzkiej irytacji chciał rzucić płytą o ścianę, już nawet widział, jak czarne kawałki winylu rozpryskują się na wszystkie strony. Nadal jednak siedział, gładząc płytę dłonią. To nie tak. Wszystko poszło nie tak. Nie tak miało wyglądać jego życie. Sława, pieniądze, kobiety, a przede wszystkim ogólnoświatowy SUKCES – to miała być jego przyszłość. Co się z nią stało? Zamknął oczy i wrócił wspomnieniami do czasów dzieciństwa.
Od zawsze czuł, że jest inny. Wyjątkowy. Marzył o sławie już chyba od urodzenia. Czynnością, która sprawiała mu największą radość, było słuchanie muzyki. Włączał radio, wskakiwał na łóżko i śpiewał. Za mikrofon służył mu zazwyczaj ołówek. I już po chwili znajdował się w zadymionej sali koncertowej, gdzie tysiące ludzi utkwiło w nim pełen zachwytu wzrok, w napięciu oczekując na występ. Wychodził na scenę, a ludzie już zaczynali krzyczeć. Pozdrawiał ich, kiwając głową, pochodził do mikrofonu i zaczynał śpiewać. To było coś więcej niż zwykły występ. To było mistyczne doznanie dla szarych mas: on rządził ich duszami, głosem potrafił zmusić ich od płaczu, śmiechu… Wypełniał ich wnętrze, przenosił na nieznane przestrzenie odczuwania… Kobiety popadały w histerię, mdlały; te bardziej odporne rzucały na scenę różnorodne części swej garderoby. Mężczyźni patrzyli z nieukrywanym podziwem, zmieszanym z zazdrością. Taaak, to było to. Dopiero w gorącym świetle reflektorów czuł moc. Był Wielkim Markiem Chapmanem. Był bogiem.
Otworzył oczy i westchnął. Właśnie tak miało wyglądać jego życie. Ludzie nie poznali się na jego talencie. Pamiętał, jak na kolejnym przeglądzie piosenki jeden z jurorów powiedział: „Właściwie ty dobrze śpiewasz, ale żeby zaistnieć w show biznesie, trzeba mieć wyrazistą i mocną osobowość. A ty jej nie masz.”
Zacisnął wargi. Czuł złość i ból, gdy przypomniał sobie to wydarzenie. Dziś odczuwał jednak coś innego: wielką, gorącą, niepohamowaną wściekłość. Wstał i podszedł do okna, głośno dysząc. Tym razem widok Nowego Jorku nocą nie uspokoił go. Gniew zalewał go ogromną falą, wdzierał się do każdej komórki jego ciała. I wtedy przyszło olśnienie. Poczuł je jako przyjemny chłód, łagodzący gorączkę nerwów, który rozchodził się od serca do stóp, rąk i zmęczonego umysłu. Całe wzburzenie minęło. Już wiedział, gdzie szukać winnego.
Szedł ulicą. Na brzuchu czuł dotyk płyty, ukrytej pod kurtką. W schowanej w kieszeni dłoni kurczowo ściskał pistolet.
Doszedł do Central Parku. Z daleka widział już oświetlony Dakota Building i przeskakującego z nogi na nogę zmarzniętego portiera. Wtedy ich zobaczył. Wyszli z 72nd Street: objęci, uśmiechnięci, choć zmęczeni popołudniowym nagrywaniem utworu „Walking On Thin Ice”. Podszedł bliżej, wyciągnął broń i zawołał go po nazwisku. Odwrócili się. W przeciagu tej sekundy zauważył w ich oczach niepokój, który zmienił się w świadomość tego, co się zaraz stanie, co MUSIAŁO się stać. Nacisnął spust pięć razy. Zobaczył, jak cztery kule zatapiają się w jego ciele, a jedna z nich rozrywa aortę. Zdziwiło go, że ciało postrzelonego tak się zmieniło, straciło formę i upadło głucho na ziemię niczym szmaciana lalka. Tak kończy bluźnierca o popularności większej od Jezusa. Usłyszał jeszcze kobiecy krzyk, który rozdarł grudniowe niebo. Usiadł na krawężniku, wyciągnął spod kurtki płytę z dzisiaj zdobytym autografem i znów zaczął ją głaskać. Nie obchodziło go, co się dzieje dookoła. Dopiero gdy rozhisteryzowany portier podbiegł do niego krzycząc: „Wiesz, co właśnie zrobiłeś?!!”, odpowiedział spokojnie: „Właśnie zabiłem Johna Lennona”.

Deprywacja energetyczna trwa.

Miałam napisać tylu a tylu mądrych rzeczy, ale mi się nie chce… Wiem, że tęsknicie, ale cóż… Za to dziś strzeliłam sobie (a właściwie strzeliła mi Sandi) wściekły kolor włosów, za który kiedyś spalono by mnie na stosie. W sumie to ja już wyglądam jak pochodnia z tą czerwienią na głowie… Ale podobno rudzielce (ciekawe, czy czerwone też) pochodzą od bogów, więc proszę mi w najbliższym czasie nie mówić nie-komplementów, bo się wkurzę, zawołam kolegów, rozbudzę swą niszczycielską moc i was zepchnę do Hadesu albo innego Mordoru.

  • RSS