Łoooo ho-ho. Dawno mnie tu nie było, czas na kolejną ekshibicjonistyczną notkę, odsłaniąjącą moje najskrytsze pragnienia.

Co u mnie? Ano Sylwester był zajebisty.  Sądząc z tego, co mi opowiadają… Bo podobno pod koniec chodziłąm po ścianach. Nie no, to najlepszy (i najdłuższy) Sylwester w tym sezonie:D  Fajna ekipa, to i fajne jazdy:D Kocham Was, dziołszki moje śląskie, czyli Ciebie Olu i Ciebie Sandi i w ogóle TapCCCiki me:D
Styczeń jest złym miesiącem, podobnie jak luty. Badania donoszą, że to najbardziej depresyjne miesiące w roku, więc i mnie deprecha nie ominęła. I dziś wyczuwałam unoszący się w powietrzu odór rozkładu pozytywnego nastawienia, taplałam się w breji beznadziejności, odczuwałam ból istnienia, topiłam duszę w mrocznej otchłani lęku, kierowałam wzrok ku najbardziej smętnym zakamarkom mojego umysłu i… I brakło mi poetyckich porównań:) Miałam jedno fajne, ale mi uciekło:/ A to wszystko przez sesję, zaliczenia, nikomu-nie-potrzebną-do-szczęścia chęć uzyskania tytułu magistra (zjawisko coraz bardziej tracące realny zarys i kształt, przynjamniej w moim przypadku); przez stresującą pracę („O! Widzę, że szykują się zakupy dla caaaałej rodziny!”); wizyty w miejscach, w których wolałoby się nie być; brak czasu dla siebie, przyjaźni, miłości, muzyki i myślenia; skrajne otępienie i ogłuszające wygłuszenie duszy – tak oto kreują się pierwsze miesiące roku. Ale, ale – umowa! Jak to kiedyś pisałam – ocaleję mimo to:D 
Znalazłam sobie dobry motywator – Spodkowe Odjazdy w lutym. Obiecałam sobie, że jak zaliczę sesję i napiszę choć rozdział mojej magisterki, to pójdę tam i jak puszczę się w pogoooo… Coma! Happysad! Myslowitz! W jednym miejscu! Od 15:00 do 24:00 bez przerwy! Łaaaaaa… Spełnienie marzeń i ja tam będę choćby nie wiem co:D Ekipa się powoli się zbiera – różni ludzie, różne charaktery – ta sama pasja:D No i ja będę elementem łączącym, spoiwem takim, rzekłabym:D Mysz, Izzz, Isztwan – liczę na Was (taki drobny publiczny szantaż emocjonalny). Bombona braknie…:( I to jest smutne i godne conajmniej tygodniowej żałoby narodowej. I nie pogodzę się z tym.
Jakoś poetycko i niezgrabnie dziś. Pewnie przez niespodziewaną rozmowę z niespodziewanymi wnioskami. Trochę strachu, jak to będzie… Ale co tam. Będzie co ma być, jak powiedział Budda albo inny Dalajlama. Będzie: rytmicznie, dynamicznie skaczemy do góry ludzie, bo muzyka wyje we mnie jak pies:)
Ponieważ każdą deprechę należy zakończyć jak należy, to kończę ją w samotnym lekkim upojeniu alkoholowym. A jutro, tzn. dziś już, jadę do mej Itaki- powracam jak Odyseusz, hehe:) 
Czas zakończyć te nędzne próby literackie i iść śpiooochaaaać.
Aaaa… Zapomniałam napisać, że odkryłam w tym roku, tj. gdzieś tydzień temu, na nowo białą herbatę (z mandałynką), która mi towarzyszy w każdej chwili:) Ale teraz nie:) Teraz towarzyszy mi połączenie ciemnego słodu prażonego i jasnego słodu pilzneńskiego:) 
O-M-G! Koniec tych bredni:D Heeej, kochana nareszcie już, chciałam przeprosić Cię ze caly ten bluzg:D