wszyscymogatojatez blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2011

Ogarnąć to wszystko trzeba! Ogarnąć! Tylko jak?!

Natłok myśli, jedna wpada na drugą z piskiem; tratują się, zasłaniają, chowają, potem nagle znów wychodzą na światło elektryczne moich zmęczonych neuronów i skaczą po tych resztkach szarych komórek: siup! siup!, a te padają na kolana i mimo stękania nie mogą powstać.
Spróbujemy się do wszytkiego zabrać metodycznie i systematycznie – najpierw to, co już nam nawet nie depcze pięt, ale na nich siedzi, potem w miarę sprzątania i rozciągania czasu ogarnie się te inne, dalsze sprawy, choć nie mniej ważne. 
Oto mój plan na najbliższe miesiące:D

Urlop w domu dobiegł końca. Czas, jak zwykle, gdy jestem w domu, wrzucił piąty bieg. Znajomi, rodzina, książki i przedszkole – wszystko działo się w prędkości światła.

Powoli zaczynam wracać do siebie:moje kubki smakowe wyczuwają nadchodzą moc i radość, oczy wiosennieją, włosy rozkwitają… Mam świadomość, że dopiero luty i zima wciąż trwa, jednak całą sobą czuję wiosnę:) Przez to słońce, słońce, słońce! Słońce, które dzielnie walczyło z chmurami, które zaczęło odkurzać świat! Zapach wiosny, który próbuje wwiercać się w nosy… Wiosny mi było trzeba:)
Podczas tego krótkiego czasu sprawy do poukładania zostały niepoukładane, ale to nieistotne. Wspomnienia zostały odkurzone dzięki Asi i jej pomarańczowej kawie oraz dzięki Twonce, z którą jedzenie knyszy po 22:00 to już tradycja:) Znów poczułam powołanie, prowadząc charytatywnie zajęcia w przedszkolu i tego energetycznego kopa na pośladku, którego dostarczyły mi dzieciaki:
Kamilek: A wies co…?
Martita: Kamilku, do pani nie mówi się „wiesz co”, tylko „proszę pani”
Kamilek: Prosę pani, a wies co…?
I wtedy sobie przypomniałam, po co mi studia! I jeszcze wtedy, gdy budowaliśmy rakietę, zdawaliśmy test na kosmonautę, a potem lecieliśmy w kosmos, oglądaliśmy deszcz meteorów, spadające gwiazdy. I wtedy, gdy bawiliśmy się kamieniami księżycowymi („Proszę pani, one przypominają zgniecioną folię”, „no coś ty, mój tato dzisiaj rano był na Księżycu i mi je przyniósł” – „ale ma pani fajnego tatę” – pani się bardziej wkręciła niż dzieci:D).

Jedyny zawód, ale niestety bardzo bolesny, który mnie spotkał, był czynem pana Glukhovsky’ego, który napisał Metro 2034 bez większego zastanowienia i innwencji. Przykro mi bardzo, bo Metro 2033 było świetne,choć niektóre momenty dziwnie zajeżdżały olejem i flakami, to zaskakujące zakończenie wynagrodziło mi chwilowe znudzenie. Natomiast druga część nie była w stanie zadowolić mojego, miernego przecież, gustu czytelniczego. Jednak czytałam, myślałam, że może jednak zakończenie zmieni moje nastawienie, ale nie! Nie dało się niczego uratować.

Dziś wracam do jednego ze stu tysięcy jednakowych miast, ale w nocy wyruszam dalej do stolicy polskich gór, nadal poszukując odpowiedzi na wszelkie zapytania, dystansu i innych takich bajerów.


  • RSS