wszyscymogatojatez blog

Twój nowy blog

Kolejne wybory Miss Świata za nami. Mieliśmy okazję obejrzeć cudownie wyuczone ruchy (prawie że synchroniczne), indentyczne gesty, tak samo olśniewające uśmiechy i zręcznie ukryte spojrzenia nienawiści na konkurentki. Najpiękniejszą kobietą świata została śliczna, młoda, zgrabna, lekko solaryczna piękność. Panuj nad nami łaskawie, Królowo!
Szczerze przyznam, że nie lubię tego rodzaju iwentów. Nie mam nic przeciwko wyborom Miss, tylko że organizatorzy od kilku lub nawet kilkunastu lat powtarzają, że tym konkursie nie liczy się tylko uroda. Yyy, jasne. Liczy się przede wszystkim piękno wewnętrzne, piękna i gładka osobowość. Po co te pozory? Te dziewczyny są przepiekne, to prawda. Tylko ich piękno wewnętrzne jest pokryte warstwą poliestru, tipsowego żelu i lakieru do włosów. Czy one reprezentują sobą coś jeszcze? Nie twierdzę, że są głupie, nie, nie. Tylko te wszystkie misski i talerzyki, że o filiżankach nie wspomnę, wyszły z jednej fabryki. Nawet jak miały nietuzinkową osobowość, została ona sprowadzona do jednego, równego poziomu. Nawet ja, z całą moją mizernością, mogłabym startować na Miss. Już nawet sobie przygotowałam odpowiedzi na pytania.
1. Co dla Ciebie jest w życiu najważniejsze? Co kochasz?
Odp.: Najbardziej kocham moją rodzinę/mojego chłopaka/zwierzęta (do wyboru. Plus przesłodki uśmiech).
2. Jaki jest Twój stosunek do nauki? Czy studiujesz?
Odp.: Oczywiście, moim zdaniem wykształcenie w dzisiejszym świecie jest podstawą. Studiuję pedagogikę (i tu przynajmniej wykazałabym się oryginalnością, bo pedagogika to nie zarządzanie i marketing. Następnie puszczam oczko do najpiękniejszego faceta z jury).
3. O czym marzysz?
Odp.: O pokoju na świecie (tu przyjmuję powazny wyraz twarzy).
4. Czym zajmujesz się w czasie wolnym?
Czytam literaturę beletrystyczną oraz klasyków filozofii. Uczę sie języków obcych i jestem wolontariuszką w schronisku dla psów (a tu mrugam porozumiewawczo).
5. Co byś zrobiła, gdybyś miała milion dolarów?
Przeznaczyłabym je na walkę z głodem na świecie (tu moje przecudne oczy zasnuwają się mgłą powagi).
6. Czym chcesz się zajmować w przyszłości?
Chciałabym realizować się zawodowo, a w czasie wolnym walczyć z globalnym ociepleniem. Bo jak te wszystkie bieguny się stopią, to będzie tyle wody! I te niedżwiedzie w tej wodzie cały czas… A ta woda taka zimna przecież… (chlip!) Chciałabym również współpracować z organizacją zajmującą się ochroną fok, ponieważ ja widziałam kiedyś taki program i oni tę małą foczkę w głowę bili, pałką bili, a ta foczka taka mała, a oni ją tą pałką… (chlip, chlip, chlip!)

To nie jest raczej konkurs inteligencji i charyzmy. Mnie te konkursy kojarzą się z wystawą psów. Tam też piesek musi pokazać, jak pięknie jest wytresowany.

Heh, po co ja o tym piszę? :D

Mój przyjaciel, G., bardzo mnie prosił, żebym coś o nim napisała. Ale tak bardzo prosił! Tak strasznie! „No proszę, napisz o mnie, napisz…” Będę wielkoduszna i spełnię jego marzenie. W zasadzie już spełniłam. W ramach wyjaśnienia, znamy się z G. już chyba z  7 lat, choć na początku się go bałam. Bo był całkiem inny niż ja. A teraz zastanawiam się, czy znów nie zacząć się go bać, bo wyjawił mi swą prawdziwą osobowość – to seryjny zabójca małomiasteczkowych siekier. Już 6 wykończył. Nie wiem, co on z nimi robi, ale to mi podchodzi pod zboczenie (G., pamiętaj, że negatywne komentarze będę usuwać, bo moja duma krytyki nie zniesie;P).

Ale G. miał przebłysk. I to jaki. Gadamy sobie wczoraj, a on mi mówi, że rozumie tego, co piszę na blogu. Ja pytam: „Czego nie rozumiesz?”, a on na to: „Bo ja nie wiem, czy w tym jest jakieś przesłanie, czy same pierdoły…”.

Hmm… Początkowo poczułam się urażona. Ale odpowiem na to pytanie. Otóż, JEST! Tylko to nie ma tak łatwo, wszyscy by chcieli, żeby przesłanie wchodziło im w oczy. Tu trzeba się skupić, pomyśleć, poddać tekst głębszej analizie, następnie interpretacji, a końcowo refleksji i poczuć, jak niosą cię impresje. Bo jam jest wieszcz narodowy, a imię moje czterdzieści i cztery!

Teraz poważnie. Moim zdaniem wszyscy wielcy ludzie byli w pewien sposób szaleni. Wszyscy, którzy stworzyli dzieła, nieważne, z jakiej były one dziedziny, ale które znamy i nadal podziwiamy, cechowali się niesamowitą wrażliwością, prawdopodobnie nadwrażliwością. Przykładwo, Van Gogh malował wbrew całemu światu, nikt go nie doceniał, przez to żył w ubóstwie. Był wyczulony na „prawdę”, tkwiącą w ludziach i na barwy tak bardzo, że nikt tego nie rozumiał. Z tych wszystkich emocji, które się w nim kotłowały, miał schizofrenię i epilepsję i nawet ucho sobie sam obciął (hardkor!). Ale za to jego obrazy są teraz jednymi z najdroższych na świecie, docenianymi, a jego nazwisko jest powszechnie znane. Nie twierdzę, że mnie one się podobają, bo gówno się na tym znam, zresztą, nie jestem typem wzrokowca, a znać się trzeba, żeby zrozumieć. Tak samo jest z innymi dziedzinami: fotografią, muzyką, filmem itp. I tyle to chciałam powiedzieć. A co!

Więc może ja też będę kiedyś wielka. Przejdę przez to ogólne niezrozumienie z podniesioną głową. Zresztą, każdy ma jakieś swoje banie, jedni dostają głupawki, inni agresji. Lepiej, żebym w ten sposób się realizowała, niż żebym potem miała się wyżywać na dzieciach, z którymi będę pracować, nie? Wy, moi wierni czytelnicy w powalającej liczbie 3 osób, poradzicie sobie z tym. A moim biednym dzieciom zostaną jakieś traumatyczne doświadczenia i dzieciaki będą potem chodziły powykręcane. Ja to robię z troski o nasze przyszłe społeczeństwo. O!

I to koniec tej politematycznej notki o wszystkim i o niczym.

Czekolaaaadaaaa! Dziś mam wolne. Jutro też. Czyli dwa dni nie będzie mnie w pracy. Czuję się prawie jak bezrobotna:)
Pełna energii od samego rana, czyli gdzieś tak koło południa, rozpoczęłam sprzątanie. A że powiedziałam przyjacielowi mojej kozy, panu G. (wielkie pozdro dla wielkiego człowieka), że rośnie mi ząb mądrości, to jestem teraz zobligowana do pisania rzeczy mądrych i poważnych, tudzież błyskotliwych i inteligentnych, i taka też będzie ta notka.
Czytam sobie ”Technopol” Neila Postmana (proszę sobie nie myśleć, że skoro najpierw piszę o sprzątaniu, a potem o ”Technopolu” to mam jakiś strumień świadomości czy inny niekontrolowany słowotok. Nie mam. To wszystko jest przemyślane i notka ta ma pewną zwartą, znaną tylko mnie samej, konstrukcję). A więc czytam. Mądra książka (chyba, bo jeszcze nie skończyłam). Postman przybliża nam prawdę o technice, której pozwoliliśmy się panoszyć, która zamiast nam służyć, panuje nad nami (więcej napiszę, jak przeczytam resztę). Otóż, ja właśnie dziś poczułam władzę maszyn nad sobą, i nie powiem, przyjemnym nie można nazwać tego doświadczenia. Postanowiłam zrobić pranie. Włączyłam pralkę. Postąpiłam zgodnie z przepisami BHP i innymi dystrykcjami UE. I co? I moja pralka poniżyła mnie w mojej własnej, prywatnej łazience! Co za szmata… Z tej pralki. Pranie się skończyło, wyciagam ciuchy i po kolei rozwieszam. Koszulkę, t-shirt, skarpetkę… Właśnie, JEDNĄ skarpetkę! Przeszukałam obszerny bęben pralkowy kilka razy. Nie ma. Nie ma mojej biało-różowej skarpetki. „Co robisz z tymi wszystkimi skarpetkami, potworze?!!” – zapytałam. Ale odpowiedzi nie uzyskałam. Skarpetki też nie. To jest właśnie ta władza maszyn nad człowiekiem. Upokarzające.

No, dziś to był dzień pełen sukcesów i spełnionych marzeń. Uzyskałam zgodę szefa i z gracją baletnicy wykonałam „pimp my stoisko”. Samodzielnie i własnoręcznonożnie. Nareszcie przebywałam w godnych warunkach, otoczona złotymi kokardkami, łańcuchami i maciupeńkimi prezentami bożonarodzeniowymi. Jak na Królową Spinek przystało, odbyłam kilka audiencji, przyjęłam parę hołdów pruskich (że niby tylko Zygmunt może przyjmować?! Ja też mogę, nie jestem gorsza, pff…), skinęłam łaskawie mą zacną głową w odpowiedzi na pozdrowienia wielkich tego świata i to by było na tyle. Czyli, ogólnie rzecz biorąc, nuda i dzień jak co dzień, ale w bardziej sprzyjających warunkach. 
Tak rozochocona postanowiłam spimpować również moje mieszkanie. Na szczęście, mój K. był nieobecny, mogłam więc wyżyć się kreatywnie, twórczo i z pasją. Żeby ta pasja była lepiej zauważalna, włączyłam ulubioną płytę, zapaliłam sziszę, wypiłam dwa piwka i poczułam magię świąt. Co uskuteczniłam pisząc tego oto właśnie posta.
Cooo-raz bliżej święta! Cooo-raz bliżej święta, najlepsze prezenty ukryteee są w seeercaaach!!!

Mam kryzys. Pierwszy odcinek „Gorzkich żali”, kamera, uwaga, akcja! To chyba deprecha jesienno-zimowa. Witam bardzo żałośnie wszystkich smutasów.Moja mama ostatnio też miała kryzys, ale wywołany czynnikami, którym można było przeciwdziałać. Mianowicie, sterta ciuchów do prasowania to właśnie te czynniki. Siedzimy przy nich obie i się dołujemy, no bo kto to wszystko wyprasuje?! Mama powiedziała, że życie nie ma sensu. Chciałam jej pomóc z dobroci serca swego i mówię, że wiem, jak odnaleźć sens życia. „Idź do sklepu” – mówię – „i kup sobie sexy bieliznę, a potem połóż się na łóżku.” W odpowiedzi na zdziwione spojrzenie rodzicielki dopowiadam: „To działa, serio. Doda też tak robi. I śpiewa: Odnaaalaaazłaaam seeens żyyycia, odnaaalaaazłaaam gooo…”. Wtedy dostałam zwiniętymi skarpetami i się zamknęłam.Porozmawiajmy poważnie, jak na dorosłych ludzi przystało. Kryzysy rozwojowe są rzeczą normalną. Przychodzi takie coś, łupnie cię w głowę, w serducho, może i w wątrobę, i wtedy nie wiesz, co robić. Pan Erikson (nie ten od telefonów) wymyślił teorię, wg której życie człowieka składa się z ośmiu sekwencji, na poziomie których dochodzi do „rozwiązania” lub nie rozwiązania takich właśnie kryzysów, typowych dla danego wieku. „Rozwiązania” kryzysów wpływają na tożsamość człowieka, jego obraz siebie i samopoczucie, a niepowodzenia w rozwiązaniu kryzysów dają o sobie znać w postaci pojawiających się na dalszych etapach rozwoju problemów. Mechanizmem kryzysotwórczym jest konflikt pomiędzy popędami jednostki, a pojawiającymi się nowymi wymaganiami ze strony otoczenia. A Doda nawet z kryzysów wychodzi półnaga. „Odnaaalaaazłaaam seeens żyyycia, odnaaalaaazłaaam gooo…”Właśnie taki kryzys zapukał do mych drzwi. Nic mi się nie chce, sensu ani widu ani słychu, ogólnie czuję takie wewnętrzne bleee. Wciągam już mąkę pszenną, bo koki zabrakło:) Moja magisterka jeszcze nie istnieje, a wątpię, żeby do czwartku jakoś się zmaterializowała.  Może to tylko nieznośne poplątanie, może to tylko chwilowa zapaść woli? Ehhh… Koniec na dziś z pierdołami. Jakby to powiedziała pewna cukrzyczka: Ocaleję mimo to.

Bdanaia na pweynm anelgiksim uneriwstyecie wyzakały, że nie ma znczeania, w jaikej kleojności napsziemy lietry wenąwtrz wryazu, blye tlkyo pirwesza i otstaina lreira błyy na woiwch mijsecach. Rtszea mżoe być dolnowoie poszamiena, a mmio to bedzmięy w stniae pczyrzetać tkest bez wikszęego prleobmu. Diezje się tak daltgeo, że nie cztaymy kzadej z lteir odelndziie, ale wrayz jkao cłoaść.

P.S. Mama mówi, że za każdym razem jak wracam do domu, jestem coraz bardziej dziurawa… Nie chodzi jej o mój mózg, ale o dziurki w ciele (bez skojarzeń, zboczuchy!;P) A dokładnie o kolczyki w uszach. Ciekawe, co zrobi, jak wrócę kiedyś z kolczykami na twarzy:D

To miała być notka skrajnie negatywistyczna, bo po dzisiejszym dniu pozostał we mnie jedynie niesmak i ani kąska pozytywu tam nie znajdziecie, choćbyście nawet przegrzebali me jelita. Mój szef naoglądał się telenoweli i stwierdził, że chce mieć niewolnicę, a jeszcze lepiej dwie. Ja i B. wygrałyśmy ten casting i z „pracownic” awansowałyśmy na „Izaury”, ot co! Choć ja czuję się jak żuczek-gnojowniczek, na którym szef wyładowuje swoje napięcie i niespełnione ambicje. I przygniata go tak i dusi… „O nie!” – pomyślałam – „nie pozwolę ci na to! Nie będę chodziła z pękniętym pancerzykiem!” I szukam nowej pracy, o!  

Wyczerpana nerwowo, duchowo, fizycznie i w każdy inny możliwy sposób, sięgnęłam śmiało po czekoladę i czerwoną herbatę (którą kolega G. określa płynem hamulcowym, ignorant jeden, wiesz, że o Tobie mówię, więc się teraz nie wypieraj) i znalazłam się po radosnej stronie życia.

Ej no, jestem oburzona. Przeszkody stoją na mojej drodze do tytułu magistra…
Zgłodniała wiedzy, wyruszyłam w podróż do Biblioteki Śląskiej, intelektualnej dumy górniczego regionu. Po usunięciu przeszkód organizacyjnych (musiałam wyrobić kartę, zamówić internetowo książki, odczekać 45 minut w czytelni na te właśnie książki), przystąpiłam do zgłębiania tematu. Zakończyło się to po półgodzinie, gdy zapytałam, czy mogę skorzystać z ksero. Gdy usłyszałam cenę, nogi się pode mną ugięły, a przed oczami pojawiła się mgła. 40 groszy za stronę?! A ja ich miałam kilkadziesiąt! Gdy osłabienie przeszło, zebrałam się w sobie i zripostowałam się czytelniarce (pani pracującej w czytelni) pytaniem, czy można tu robić zdjęcia. Potwierdziła. Więc z godnością odłożyłam książki na biurko i wyszłam.
Wrócę uzbrojona w aparat cyfrowy. Nikt i nic nie powstrzyma mnie przed spełnieniem intelektualnym!

Niedawno zostałam uraczona powalającą dawką emocji. Naprawdę. Mianowicie, obejrzałam naprawdę fascynujący teledysk. Treść powszechnie znana wszystkim dojrzałym (i niedojrzałym) ludziom, choć nieco bulwersująca. Otwarcie się przyznam, widziałam już podobne etiudy filmowe. Jednak w formie teledysku zdarzyło mi się to pierwszy raz.

Jestem naprawdę zachwycona GŁĘBIĄ tego teledysku, nie spodziewałam się, że panowie z Rammsteina są w stanie dokonać czegoś tak nowatorskiego, niepospolitego. Uchwycili prawdę o ludzkim istnieniu, dobitnie scharakteryzowali czasy, w jakich żyjemy, wspięli się na SZCZYTY pomysłowości. Teledysk mówi o tym, że w życiu najważniejsze nie są pieniądze, kariera, powodzenie u płci przeciwnej, ale UCZUCIA! U-CZU-CIA!!! Prosta prawda, lecz jakże często spychana w niepamięć, wyrażona za pomocą prostego przekazu telewizyjnego.
Niestety, wątpię, aby było nam dane obejrzeć to na VIVIE czy MTV, ponieważ stacjami tymi rządzą ludzie pozbawieni moralności i nie chcą oni prezentować teledysków promujących uniwersalne wartości.
Zainteresowanych odsyłam więc do Internetu i wyszukiwarki Google. Należy wpisać: Rammstein German Pussy. Nie wiem, czy znajdziecie to YouTube, ale tu powinna Wam wyskoczyć strona, na której odnajdziecie ten GŁĘBOKI  teledysk, który zajmie ważną POZYCJĘ w Waszym życiu.

Na początku chciałabym wszystkich bardzo serdecznie powitać w imieniu swoim własnym. Oto ja, autorka tego oto bloga. Ta-daaam!
Do założenia go skłoniło mnie kilka rzeczy, które będą tematem niniejszego postu. A żeby było inaczej niż zwykle, zacznę od najmniej ważnych.
1. Wszyscy teraz mają bloga, to ja nie będę gorsza, a co! Skoro jest taka moda, to się będę lansować, aby nie wypaść z towarzyskiego obiegu.
2. Jak wszyscy anonimowi użytkownicy internetu, chcę podzielić się z internetową gawiedzią moim prywatnym życiem i jego intymnymi szczegółami. Pragnę także, aby wszyscy, którzy będą go czytali, wiedzieli, że jam jest zajebista persona. Od czasu do czasu strzelę jakimiś gorzkimi żalami, coby Wam za słodko nie było;P
3. Bloga założyłam zaispirowana pięknym w swej prostocie, a jednak nie pozbawionym przenikliwości i inteligentnego humoru blogiem mojej koleżanki z pracy, Cukerra. O, Wielka Katarzyno, jesteś niedoścignionym wzorem!:D
4. Ostatnim i najważniejszym argumentem, który spowodował to, co właśnie macie przed oczami, było wino wypite z moją Teśką. I to nie byle jakie, ale z tych droższych za 6,50 zł:D Alkohol podrażnił me delikatne szare komórki, a fałszywe dźwięki wydobywające się z naszych gardeł w rytm zapomnianej już piosenki, poruszyły struny mego serca. I ta kompilacja zrodziła to cudne dzieło. Dobrze, że w ogóle o nim pamiętałam;P
Myślę, że dzięki niemu uda mi się uszczęśliwić populację ludzką, ograniczyć emisję spalin oraz zminiejszyć dziurę ozonową. Dziękuję.

P.S. Teśka, mimo alkoholowego zamroczenia, narysowała mi (prosto!) przepiękny plakat:) Obiekywnie patrząc, to był najpięknieszy plakat w całej grupie (a nikt inny nie rysował go z kieliszkiem w ręku). Oznacza to, że Teśka jest niezwykle uzdolnioną jednostką (zresztą, z innymi ja nie utrzymuję kontaktu). Od razu się na niej poznałam! Zastanawiam się, czy sobie tego osławionego plakatu nie powiesić na ścianie… Ale po co mi harmonijny rozwój psychoruchowy dziecka?:P


  • RSS